|
„Roger, nie możesz tak dalej. Musisz wyłączyć się ze służby i kościoła na dłuższy okres czasu. Nie masz wyboru!” Nigdy wcześniej nie byłem tak zszokowany i załamany jak wtedy, kiedy usłyszałem te słowa od Dale’a, zaufanego przyjaciela, który doradza pastorom w przypadkach wypalenia klinicznego. Byłem zupełnie nieprzygotowany na to, aby przyjąć jego profesjonalną poradę, mimo tego, że w głębi serca wiedziałem, że doświadczałem emocjonalnej pustki niepodobnej do niczego, co do tej pory znałem.
„Na jak długo?” zapytałem.
„Na minimum 6 miesięcy” odpowiedział rzeczowo. „Ale najprawdopodobniej potrzebujesz 12 do 18 miesięcy, żeby stanąć na nogach.”
Nie mogę wyrazić poziomu niedowierzania i bólu, którego doświadczyłem, kiedy to powiedział.
Byłem pastorem-założycielem 10-cio letniego kościoła, który został pobłogosławiony tradycyjnymi wyznacznikami sukcesu: stały wzrost liczby członków, nowe budynki, dobrze rozwinięty personel na etacie oraz wizja jeszcze większej przyszłości. Byliśmy na dobrej drodze! Poza jedną rzeczą: coś stało się z pastorem prowadzącym. Dosłownie nie byłem w stanie kontynuować tego, co robiłem przez lata – przewodzić i kierować dalej naszym kościołem w kierunku tradycyjnej definicji „sukcesu”.
Kiedy przechodziłem przez udrękę rozmowy z moim Zarządem o tym, co mi się przydarzyło, byli tak samo zaskoczeni jak ja. Wiedzieli już, że byłem niespełniony w pewnym sensie, ale nie byli świadomi poziomu depresji i wypalenia, którego doświadczałem. Poza tym, zawsze byłem typowym przykładem siły, nawet w trudnych chwilach, wrażliwy i jednocześnie silny. Zaoferowali mi hojnie długoterminowy urlop. Płakali ze mną i wołali za mnie. Wspierali mnie, jak żadna inna grupa ludzie nie mogłaby tego zrobić. A ja jednocześnie mogłem zaledwie zmusić się do wstawania rano, aby samemu kontynuować prowadzenie tej kościelnej rodziny.
Być może jeszcze trudniejsze było głębokie poczucie, które miałem, że nigdy nie wrócę do służby w kształcie, który znałem. I być może nigdy nie powrócę to tego kościoła, który tak głęboko kocham. Jak się okazało, miałem rację w obu przypadkach. Ale zamiast odstawić mnie na bok, Bóg miał zamiar użyć tych ciemnych chwil mojego życia, jako pewnego rodzaju przebudzenia, modelu zmiany, który całkowicie przedefiniuje moje rozumienie zarówno „kościoła”, jak i „służby”.
|